Spóźniony prezent urodzinowy

Posted in Muzycznie, Nostalgicznie on 17/08/2010 – 12:24 am
Post a comment

Dzisiaj dotarł w końcu mój spóźniony prezent. Opóźnienie było częściowo moją winą, bo jakoś nie mogłam się zdecydować, co właściwie chcę dostać od brata i zrobiłam to chyba na dwa dni przed urodzinami.

Potem się jeszcze okazało, że realizacja zamówienia w internetowym sklepie trochę trwała, ale w końcu jest. Co dostałam. Pochwalę się. Dwie płytki Rafała Blechacza tj. preludia Chopina oraz sonaty Haydna, Beethovena i Mozarta, a także cztery pory roku Vivaldiego w wykonaniu Academy of ST. Martin in the fields pod batutą sir Marrinera. Braciszek chciał mi jeszcze zafundować trzeciego Blechacza tj. jego koncerty fortepianowe Chopina, ale akurat brakło. Mimo to zobowiązał się do kupienia tej lub innej płytki, bo zamierzał sprezentować mi cztery. Ależ się cieszę!
Moja kolekcja klasyki rośnie z tygodnia na tydzień. Nie jest jeszcze imponująca, ale coraz ciekawsza. Słucham właśnie preludiów w wykonaniu Rafała Blechacza i nadziwić się nie mogę, jak on rewelacyjnie gra, to jest mistrzostwo najwyższej klasy. Ale właściwie? ja nie o Blechaczu dzisiaj miałam pisać, tylko o Vivaldim.
Włożyłam płytkę do mojego odtwarzacza Cd, nacisnęłam play i? Przypomniałam sobie aż nadto wyraźnie, kiedy ostatnio i z kim słuchałam czterech pór roku.
To nie są złe wspomnienia, w każdym razie akurat te z Vivaldim w tle nie są złe. Tak to bowiem było, że na prawie rok do mojego domu wprowadziła się cała kolekcja muzyki klasycznej wraz z pewnym człowiekiem. Nie przeczę, w jakiś sposób mnie zainspirował, bo kiedy się poznaliśmy, słuchałam klasyki raczej teoretycznie, nie miałam żadnych płyt i bardziej chciałam coś o tym wiedzieć, niż faktycznie wiedziałam. Zafascynował mnie tym, że tak dużo wiedział o kompozytorach, epokach, stylach, że rozpoznawał utwory, które płynęły z radia, a jeśli nawet nie konkretne utwory, to kompozytorów, albo epoki. Dla mnie to wtedy była czarna magia. Do tego jeszcze grał na pianinie lepiej, niż ja kiedykolwiek się nauczyłam. Z czasem jednak okazało się, że dla niego liczą się tylko Haendel i Bach. Vivaldiego od biedy włączał dla mnie, bo sam uważał, że jest zbyt oklepany, kompozytorzy romantyczni byli dla niego nudni i bez polotu, a wielcy klasycy tacy jak Mozart czy Beethoven, to wg niego tylko ludzie korzystający ze spuścizny wielkich kompozytorów barokowych. Żeby było jeszcze śmieszniej w kółko leciała u nas jedna opera Haendla, doprowadzając mnie momentami do szału. Tak oto zaczęłam powoli rozumieć, że w klasyce rzeczywiście jest to coś, ale też, że takie zamykanie się na pewno nie jest dla mnie. Dziś generalnie słucham tego, za czym on nie przepadał, co nie znaczy, że nie lubię Haendla czy Bacha. Ich się jednak nasłuchałam i póki co wolę zapoznawać się z twórczością innych wielkich muzycznego świata. Cztery pory roku przypomniały mi dzisiaj o tej osobie, przypomniały o tym, co było dobre, ale i o wielkim bólu rozstania i cierpieniu, które zawsze się odczuwa, gdy ktoś wczoraj zapewniał, że kocha, a dzisiaj miesza z błotem.
Zdziwiłby się dzisiaj ten człowiek wiedząc, czego słucham, zdziwiłby się, gdyby się dowiedział, że mam już swojego Vivaldiego, w znacznie lepszym wykonaniu, że słucham Chopina, Haydna i Mozarta. Że już sama zaczynam rozróżniać epoki i kompozytorów.
Myślę sobie, że to jest właśnie najpiękniejsze, kiedy nawet z totalnego bagna możemy wyłowić coś ciekawego dla siebie. Mnie po tym związku została właśnie klasyka i wiele doświadczeń, dzięki którym zmądrzałam.
Może Vivaldi jest oklepany, ale ja słucham go w końcu, kiedy chcę, sama dla siebie, sama ze sobą. Dziwnie się jakoś to życie układa, najdziwniejsze pisze scenariusze, świat się zmienia, my się zmieniamy. Każde z nas poszło w swoją stronę, każde wybrało swój dalszy los. Mnie się dobrze wiedzie, jemu niekoniecznie, co mnie bynajmniej nie cieszy, mimo ciężkich przeżyć. To wszystko nic, bo jest Vivaldi, mój Vivaldi, o którego nie muszę prosić i z powodu którego nie muszę się czuć gorsza, że słucham takich mało wyszukanych rzeczy. Nie chodzi wcale o to, że tak uwielbiam tego kompozytora, po prostu przyjemnie mi się go słucha, to wszystko. Chodzi o to, że biorę to, co dobrego mój były do mojego życia wniósł i to staje się moje, w końcu niezależne od niego, nie wymagające proszenia ani przepraszania za nic. Podobnie było z Grechutą, którego muzyka na stałe zamieszkała w moim domu razem z nim, a kiedy się wyprowadziła, bardzo szybko musiałam nabyć płytę, w dodatku jakoś niechcący kupiłam dokładnie tę samą, której słuchaliśmy razem. Czasami jeszcze kolebie mi się po głowie myśl, że brakuje mi trochę Norah Jones, której mój były również słuchał, ale obawiam się, że to byłoby za wiele, że jednak zbyt wiele jest skojarzeń i chyba, chyba jednak nie chcę jej słuchać, choć podobała mi się bardzo. Z jej twórczości i tak zresztą pamiętam najbardziej “I don’t miss you At all” i tak właśnie ze mną jest, wcale nie tęsknię, czasem tylko coś się przypomni i to wszystko. Słuchałam kiedyś tego razem z nim przeczuwając już rychły koniec, wiedząc, że nie ma już możliwości odwrotu. Słuchałam tej piosenki i zastanawiałam się, czy też będę mogła kiedyś tak powiedzieć, że za nim nie tęsknię, no i w końcu naprawdę mogę!


Tags: |
This entry was written by Magdalena Szyszka, filed under Muzycznie, Nostalgicznie and tagged .
Bookmark the permalink or follow any comments here with the RSS feed for this post.
Both comments and trackbacks are currently closed.