Chrzanić rozrośnięte ego

Posted in Takie tam on 08/09/2010 – 12:06 am
Post a comment

Coraz częściej spotykam, a może coraz częściej po prostu zauważam ludzi o niesamowicie rozrośniętym ego. Takich, w których słowniku główne słowa to: ja i moje. Którym nie można nic powiedzieć, bo zaraz jest tragedia, ąsy dąsy i te sprawy.

Absolutnie popieram zdrowy, zrównoważony ?egoizm? tj. miłość do siebie, wysoką samoocenę i asertywność. Wiem doskonale, że ci, którzy przede wszystkim dają siebie innym są niemal przez nich rozszarpywani, bo ci inni chcą wciąż więcej i więcej brać. Postawa Pt. ?ja tylko daję? i ?zawsze jestem dla innych, nigdy dla siebie?, jest moim zdaniem totalnie autodestrukcyjna i do zniszczenia w istocie prowadzi. Na drugim biegunie jest jednak owo słynne ?ja?, które jest ważniejsze od wszystkiego innego, no bo jeśli ?ja chcę?, to przecież tak ma, tak musi być i nie może być inaczej.
Wpadłam kiedyś w pułapkę, kiedy to ów egoizm pomyliłam po prostu z wysokim poczuciem własnej wartości. Zaczynałam naprawdę myśleć, że może tak trzeba, że w końcu trzeba umieć się zaprezentować i sprzedać, podkreślić swoje mocne strony itd. W tym nie byłoby oczywiście nic złego, wręcz przeciwnie, problem w tym, że taki człowiek od innych zawsze musi być lepszy, a jak nie lepszy, to po prostu wygrać z innymi jakimiś własnymi metodami, zwykle manipulacjami albo szantażami emocjonalnymi. Tacy ludzie są fatalnymi partnerami, o czym też się niestety boleśnie przekonałam. Wszystko jest super, póki partner robi tak, jak owa osoba chce, jeżeli jednak ma jakieś swoje zdanie, swoje racje albo powody, żeby postąpić inaczej, zaczynają się wszystkie te wyżej wymienione akcje w celu zaszczucia go, sprowadzenia do parteru, zastraszenia, że ?przecież zawsze możemy się rozstać, skoro nie możesz tego dla mnie zrobić?. Egoista również innych bardzo łatwo oskarża o egoizm, no bo jak ktoś nie jest cały dla niego, to musi być strasznym egoistą. Jeśli taki ktoś trafia na osobę nastawioną raczej na dawanie, a do tego nie daj boże z niskim poczuciem własnej wartości robi się naprawdę prawdziwy dramat. Na swoim przykładzie mogę jednak powiedzieć, że to wszystko jest na krótką metę i prędzej czy później człowiek ma zwyczajnie dosyć ciągłych awantur, naburmuszenia i niezadowolenia partnera o wiecznie zranionym ego i naprawdę zaczyna się zastanawiać, na co mu w ogóle taki związek. Wiem dokładnie, jak to jest, kiedy związek składa się przede wszystkim z jednej osoby, a druga jest gdzieś na doczepkę. Wiem jak to jest, kiedy obydwoje koncentrują się na tej jednej osobie, bo jej jest tak trudno, bo ją tak łatwo zranić, bo ma problemy w pracy, w domu i w ogóle wszędzie. Druga, naiwna strona często uznaje, że tak musi być, że problemy partnera są faktycznie ważniejsze, że na pewno będzie mógł na niego liczyć przy swoich kłopotach. To się jednak kończy, gdy przychodzi taki moment, że w żaden sposób nie można już takiej tezy przeprowadzić z sensem, kiedy człowiek w końcu potrzebuje drugiego człowieka, tego, żeby choć przez chwilę to on był ważny, a nie ciągle tamto ego partnera. Zwykle wtedy jest awantura, bo ego nie rozumie, czego się od niego chce, przecież jemu jest tak trudno, on to, on tamto, a ty, no przecież ty dasz sobie radę, przecież to proste, przecież przesadzasz, że problemy się piętrzą. Świetnie to wszystko oddaje wygłaszane przez niektórych powiedzonko, kiedy opowiada się im o czymś trudnym szukając wsparcia czy zrozumienia, a oni odpowiadają coś w stylu: ?To jeszcze nic, bo ja?? Tu się oczywiście zaczyna opowiadanie, jak to tej osobie było gorzej, no albo lepiej, jeżeli chodzi o rzeczy pozytywne i czyjąś radość z nich.
Przeszłam taki związek i powiem jedno, tak się nie da żyć. Próbuje się na wszelkie sposoby coś partnerowi wyjaśnić, coś wytłumaczyć, czasem się krzyczy, żeby zauważył, że w ogóle tu jestem, ale to na nic. On nawet będzie na chwilę zachowywał się inaczej, może i przyznać, że nie był fair, ale póki czegoś naprawdę ze sobą nie zrobi, w ogóle nie nadaje się do bycia z kimś, bo i tak zawsze myśli przede wszystkim o sobie. ?Ja się przecież nie mogę przemęczać?, ?ja nie mogę tyle pracować?, ?ja nie mogę się skupić, kiedy ty masz zły humor, no bo w ogóle jak możesz mieć zły humor, kiedy ja mam dobry? Na pewno chcesz mi mój dobry nastrój zepsuć.? ?Na pewno chcesz zepsuć nasze szczęście, bo nie zrobisz tak, jak ja mówię, a przecież ja zawsze wiem co jest najlepsze, także dla ciebie?. Ściślej mówiąc ?Najlepsze dla ciebie to oczywiście ja, ale jak chcesz, to proszę bardzo, szukaj sobie kogo innego, może ci będzie lepiej, ale gdzie ty znajdziesz takiego/taką, jak ja??. To tylko niektóre wyjątki z wypowiedzi takich osób, albo to, co de facto one znaczą. Taka osoba oczywiście szafuje naokoło słowem miłość. Wszystko robi z miłości, z miłości krzywdzi, rani, stawia nierealne wymagania, chce zniszczyć to, co partner już ma, no bo miłość jest ważniejsza. Kiedyś bardzo trudnym doświadczeniem było dla mnie pogodzenie się z tym, że to, co taki człowiek nazywa miłością w istocie nie jest nic warte, bo on tak podobno kocha, że jak ci się nie podoba, to przecież droga jest wolna. Innymi słowy albo będzie po mojemu, albo wcale, ale wszystko oczywiście dlatego, że ja ciebie tak kocham i nawet, kiedy w końcu mam cię dość, bo nie spełniasz moich oczekiwań, bo nie jesteś na każde zawołanie, bo za mało się starasz i za mało udowadniasz mi, jak bardzo mnie kochasz i ile możesz oddać za tę miłość, wtedy taka osoba zwykle odchodzi, nierzadko twierdząc, że to dla twojego dobra, że tak cię bardzo kocha, że nawet może się z tobą rozstać, bo tak na sercu jej leży twoje szczęście. Innym sposobem odchodzenia jest tu oczywiście totalne zgnojenie partnera, wygarnięcie mu, jaki był straszny, że to wszystko było pomyłką. Jak nie ma nic sensownego na uzasadnienie to nic, zawsze przecież można jeszcze coś wymyślić, a ludzie, o których mowa zwykle są świetni w opowiadaniu bajek. Ciekawe od ilu tysięcy lat kolejni naiwni się na to nabierają?
Jeżeli to, o czym tu piszę wydaje ci się znajome. A już na pewno, jeśli nie daj boże przypomina ci to twój związek, w którym nadal jesteś, to dobrze ci radzę, poważnie się zastanów, czy warto to ciągnąć, czy warto tak żyć. Jeśli stan taki trwa już od jakiegoś czasu to mogę zagwarantować, że to się nie zmieni. Partner ci naobiecuje, a potem znowu będzie robił po swojemu. Zastanów się, kim jesteś w takim związku, celem samym w sobie, czy może środkiem do jednego, najważniejszego celu, którym jest ?ja? twojego partnera?
Rozstanie nawet w takiej sytuacji oczywiście początkowo boli i to nawet bardzo, ale człowiek szybko się orientuje, jak spokojnie się zrobiło wokół niego i czuje się, jakby zaczynał znowu odzyskiwać siebie, jakby znowu istniał po miesiącach czy latach degradowania i olewania. To trudna lekcja, ale coś dobrego też można z niej wyciągnąć, czego szczerze życzę wszystkim uwikłanym w związki z egoistami. A nimi nie warto się przejmować, oni żyją i tak sami dla siebie i nikt im tego nie broni, byleby nie robili tego czyimś kosztem, czyli w związku z drugą osobą.


Tags: , |
This entry was written by Magdalena Szyszka, filed under Takie tam and tagged , .
Bookmark the permalink or follow any comments here with the RSS feed for this post.
Both comments and trackbacks are currently closed.